Brancalonia – pierwsze wrażenia

Brancalonia [ D&D5e ]: the fantasy spaghetti RPG is coming - NDU

Piąta edycja Dungeons and Dragons jest już na rynku od siedmiu lat. Przez ten okres ukazało się do niej 127 oficjalnych (licząc Unearthed Arcana i materiały playtestowe) oraz tysiące nieoficjalnych materiałów. Grali w nią chyba prawie wszyscy, zaczynając od Vina Diesela, poprzez waszego kumpla Maćka z liceum, kończąc na pani Beatce ze sklepu mięsnego. Myślę więc, że można już spokojnie mówić w tym przypadku o lekkim zmęczeniu materiału. To zmęczenie było też odczuwalne dla mnie – przy mnogości innych gier, którymi zacząłem się interesować, coraz rzadziej sięgałem po D&D 5e, które mimo swoich zalet nie było moim pierwszym wyborem zarówno jeśli chodzi o prowadzenie, jak i granie. Miałem wrażenie, że jako osoba, która prawie nigdy nie grywa w naprawdę długie kampanie ani nie jest zapalonym fanem settingu Forgotten Realms, zwyczajnie zobaczyłem już wszystko, co gra miała mi do zaoferowania, i zdążyłem się tym znudzić. I w tym momencie wpadła do pokoju Brancalonia, pijana jak bela, wymachując mieczem w jednej ręce, kuflem w drugiej, spowita atmosferą bezczelnie barwnej i prostej dobrej zabawy. You son of a bitch, I’m in!

Brancalonia to ufundowany na Kickstarterze setting do D&D 5e, przygotowywany przez wydawnictwo Acheron Books. 3297 wspierających, 190262 euro i 9 miesięcy później anglojęzyczna wersja PDF-a wylądowała na moim pulpicie i mogę w końcu zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie – czy było warto? I na całe szczęście odpowiedź to zdecydowane i entuzjastyczne – tak, było warto. Ale po kolei.

Brancalonia, reklamująca się jako „spaghetti fantasy”, już od okładki obiecuje nam przygody o bandach zbrojnych gagatków, pchających się w niebezpieczne sytuacje, aby potem opijać sukcesy lub lizać rany po karczmach, a to wszystko w malowniczej krainie inspirowanej średniowiecznymi Włochami. I po przeczytaniu niecałych 200 stron głównego podręcznika muszę powiedzieć, że z obietnicy tej wywiązuje się doskonale.

Oprawa graficzna podręcznika jest zwyczajnie śliczna. Barwne i pełne detali ilustracje mieszają się z prostszymi, udającymi stare ryciny grafikami, a tekst podręcznika jest czytelny i nie męczy przesadnie wzroku – zdecydowanie jest to jeden z najprzyjemniejszych estetycznie suplementów do D&D, które zdarzyło mi się czytać. 

Jak większość settingów do 5e, Brancalonia zawiera garść nowych ras i subklas do użycia przez graczy. Rasy to kilka rodzajów ludzi, powiązanych z różnymi pradawnymi nacjami zamieszkującymi niegdyś świat przedstawiony w settingu, nieco bardziej rozbudowana wariacja tieflinga oraz mój personalny faworyt – marionetka. Graczy przyzwyczajonych do dużo większej różnorodności w wyborze może to nieco zniechęcić, jednakże decyzja o ograniczeniu liczby grywalnych ras w settingu jest moim zdaniem jak najbardziej trafna – jednym z głównych założeń Brancalonii jest bowiem utrzymanie klimatu świata low fantasy, co zdecydowanie łatwiej osiągnąć, nie uwzględniając w settingu krasnoludów, gnomów, elfów czy orków. W ramach tego samego założenia autorzy podjęli też inną, prawdopodobnie jeszcze bardziej kontrowersyjną dla wielbicieli bardziej typowego grania w Dungeons and Dragons decyzję. Mianowicie – zgodnie z zaleceniami podręcznika postacie w Brancalonii nie powinny rozwijać się powyżej 6 poziomu doświadczenia. Dlatego też żadna z subklas zawartych w settingu nie otrzymuje dodatkowych bonusów powyżej tego poziomu. W miejsce wyższych poziomów wprowadzony został alternatywny system rozwoju, pozwalający, zamiast levelowania wykupować mniejsze bonusy, takie jak np. dodatkowe atuty, zwiększone atrybuty czy bonusy do posługiwania się wybranym rodzajem broni. W ten sposób postacie graczy mogą dalej rosnąć w siłę, ale nie staną się półbogami roznoszącymi legiony potworów podmuchem własnych rzęs. Dzięki temu nawet po kilkunastu sesjach klimat prostych, awanturniczych eskapad może zostać zachowany.

Żeby jednak owe eskapady, a także przerwy między nimi były faktycznie ciekawe, setting zapewnia nam garść solidnych, nowych mechanik, które łatwo integrują się z podstawowym silnikiem D&D 5e i pozwalają nam wprowadzić do rozgrywki takie elementy jak bójki karczemne, proste gry hazardowe, zawodny ekwipunek, system przestępstw i nagród za głowy bohaterów, a nawet nieskomplikowany zestaw zasad określających działanie kompanii najemnych i ich kryjówek. Wszystkie te rzeczy bardzo sprawnie łączą się ze sobą i generują mnóstwo interesujących wątków i sytuacji w fikcji, które wspierają Mistrza Podziemi (nazywanego tutaj Condottiero) w tworzeniu spójnej z klimatem fabuły dla graczy. Aby jeszcze dodatkowo ułatwić pracę MP, podręcznik zawiera krótki rozdział z poradami dotyczącymi prowadzenia sesji oraz garść naprawdę sympatycznych generatorów losowych.

Świat przedstawiony, poza rozsianymi po całym podręczniku flavor textami i ciekawostkami, został opisany w długim na niecałe 50 stron rozdziale, podzielonym na sekcje odpowiadające każdemu z regionów Brancalonii. Opisy zostały zaprojektowane w jeden z moich ulubionych sposobów – zawierają tyle informacji, ile trzeba, by przekazać ogólny koncept, zostawiając jednocześnie miejsce dla graczy i Mistrza Podziemi na uzupełnienie luk swoją wyobraźnią. Dzięki temu zrozumienie klimatu podzielonego, pełnego konfliktów i bezprawia królestwa jest bardzo łatwe, a stworzenie własnego scenariusza przygody spójnego z oryginalnym pomysłem autorów nie powinno stanowić problemu. 

A skoro już o scenariuszach mowa, to warto wspomnieć, że w podręczniku podstawowym znajdziemy aż 7 gotowych przygód wprowadzających w świat awanturniczego fantasy. Z ich oceną pozwolę sobie jednak zaczekać, aż poprowadzę przynajmniej część z nich.

Na dobry koniec, twórcy dorzucili do podręcznika niewielki, acz zróżnicowany bestiariusz, zawierający kilku powszechnych, ludzkich przeciwników, którzy mogą zajść za skórę co zuchwalszym bandom najemników, oraz kilka naprawdę nietypowych bestii, takich jak, chociażby sześcionogie psy paraliżujące śmierdzącym oddechem, pająkowrony, kotowęże czy gigantyczne ślimakopijawki. Co prawda ich liczba nie jest na tyle duża, aby opierać się tylko na nich przy prowadzeniu przygód, ale myślę, że są dobrym dodatkiem do urozmaicenia repertuaru z podstawowego Monster Manuala.

Nie ukrywam, że Brancalonia urzekła mnie zarówno swoim klimatem, jak i zaskakująco eleganckim designem, jeśli chodzi o wprowadzanie nowych rozwiązań do nieco wyświechtanego już silnika piątej edycji D&D. Nie mogę się doczekać najbliższej okazji do sprawdzenia settingu w akcji.